
Stanisław
Zawsze lubiłem się uczyć, ale nie marzyłem jako dziecko o byciu nauczycielem. Co w takim razie mnie przekonało? Długie wakacje? Ferie? 18-godzinny, czy nawet, jak mówią niektórzy, 13,5-godzinny tydzień pracy – bo przecież nauczycielska godzina to tylko 45 minut, a przerwy spędza się na plotkowaniu i piciu kawy? Darmowe wyjazdy na wycieczki? Kwiatki na koniec roku? Spokojna i pewna praca? A może poczucie władzy? To przecież olbrzymia satysfakcja budzić respekt i móc robić niezapowiedziane kartkówki. Trudno się zdecydować, wszystko wydaje się ogromnie atrakcyjne. A może właśnie – tylko wydaje się? Może tak naprawdę liczy się ten błysk w oku ucznia, który SAM znalazł rozwiązanie trudnego zadania? A ja mogłem mu w tym tylko towarzyszyć? Jak myślisz?
